Była sobota. Obudził mnie donośny dźwięk dzwonka telefonu.
- Co jest do cholery?! - zaklęłam w myślach. - Kto może dzwonić o tej porze?! - dodałam ze złości, że ktoś nie pozwala mi spokojnie odespać.
Odebrałam szybko telefon. ... To była dla mnie najgorsza chwila w życiu. Czułam jakby ktoś wbił mi nóż w serce.
- Umiera...m. - słyszałam głos mojej najlepszej przyjaciółki, Katie.
Nastąpiła głęboka cisza. Wtedy właśnie to poczułam.. Wszystko nagle się zawaliło. Po kilku sekundach zaczęłam wrzeszczeć jak oszalała. Dzwoniłam do niej, ale słyszałam tą cholerną ciszę. Nic. Wyrywałam włosy z głowy i zwijałam się z płaczem na podłodze. Nagle, do mojego pokoju weszli rodzice.
- Amy, opanuj się! Co się stało?! KOCHANIE?! - krzyczeli bez świadomości, tego, co przeżywam.
Nie mogłam z siebie nic wydusić. To było okropne. Czułam tylko wielki ból.
- Zawieźcie mnie do Katie, błagam, szybko! - udało mi się wydusić te słowa w wielkim cierpieniu.
Tata wyprowadził samochód, po czym przybiegł do domu. Razem z mamą zanieśli mnie do samochodu i ruszyliśmy. Próbowali ze mnie coś wydusić. Udało mi się wypowiedzieć, to..
- Katie, Katie.. Katie umiee... Katie umiera! - po czym ponownie wpadłam w szaleństwo, ryczałam, wrzeszczałam..
Nagle rodzice, spojrzeli się na siebie w wielkim strachu. Mama, zaczęła płakać.. Tata dodał gazu. Dwie minuty potem byliśmy już na miejscu.
Karetka właśnie odjechała z tym, przykrym, dobijającym, cholernym wyjcem. Jakby powiadamiali wszystkich dookoła, że coś jest nie tak z innym człowiekiem. Dobrze, że działali.
Matka i ojciec Katie rzucili się w wielkiej rozpaczy na podwórko. Ja dobiegłam do nich i przytuliłam ich. Płakaliśmy. Tego nigdy nie zapomnę. Nie da się tego szczegółowo opisać. Nawet największemu wrogowi tego nie życzę.
Czas w rozpaczy nie chciał mijać. Tata Katie wszystko nam powiedział. Po czterech godzinach, już wtedy byliśmy razem w szpitalu.
Zapytaliśmy o Katie. Powiedzieli nam tylko, że jest na sali operacyjnej, musieli ją szybko operować.
- Ale co się stało?! - wrzeszczeliśmy.
- Dziewczynkę potrącił samochód. Ma dużo obrażeń. Miała przy sobie telefon. Tyle wiemy. - powiedział lekarz, po czym odszedł z wyrazem współczucia.
Próbowano nas uspokajać. Nie mogłam wyobrazić sobie tego, że ona teraz leży tam gdzieś na stole operacyjnym, nie wiadomo w jakim stanie.. Nie!
Po trzech godzinach niepewności, strachu, płaczu i oczekiwaniu na wiadomość, nagle pojawił się lekarz.
- Mam dla państwa wiadomość. - powiedział.
Nastała cisza. Oczami przepełnionymi łzami patrzyliśmy na doktora z oczekiwaniem.